Spojrzysz na opakowanie kremu i widzisz: „Aqua, Glycerin, Caprylic/Capric Triglyceride, Cetearyl Alcohol, Niacinamide, Parfum…„. Brzmi jak wzór chemiczny do matury. W rzeczywistości — to lista, którą da się zrozumieć w pięć minut, jeśli znasz trzy zasady. A na ich podstawie odróżnisz dobry krem od marketingowej ściemy szybciej, niż zdążysz przeczytać front opakowania.
Zasada 1: Kolejność = stężenie
Składniki na liście INCI są ułożone od największego stężenia do najmniejszego. Pierwszy składnik to ten, którego jest w produkcie najwięcej. Drugi — drugi co do ilości. I tak dalej.
To znaczy: jeśli krem ma na froncie „z kwasem hialuronowym”, a na liście INCI Sodium Hyaluronate widzisz dopiero na 15. pozycji — to producent dodał go tyle, żeby móc o nim napisać, nie tyle, żeby cokolwiek zrobił w skórze.
Zasada 2: Wyjątek pierwszego procenta
Składniki, których jest mniej niż 1%, można w INCI ułożyć w dowolnej kolejności. To prawne ułatwienie dla producenta — i pułapka dla czytelniczki.
Jak rozpoznać granicę 1%? Patrz, gdzie pojawiają się konserwanty (phenoxyethanol, sodium benzoate, potassium sorbate) i barwniki (CI 12345 itp.). To zwykle właśnie one wyznaczają poziom „< 1%”. Wszystko po nich — w tym często szumnie reklamowane „aktywne składniki” — jest w bardzo małym stężeniu.
Zasada 3: COSING > Instagram
Każdy składnik kosmetyczny w Unii Europejskiej ma nazwę INCI z bazy COSING. Jest tam jego funkcja, bezpieczeństwo, regulacje. Inna popularna baza to EWG Skin Deep, ale bywa kontrowersyjna (czasem zawyża ryzyko).
Praktyczna zasada: jeśli widzisz nieznany składnik, wpisz jego INCI w Google z dopiskiem „cosing” lub „incidecoder”. W 20 sekund dowiesz się, czy to humektant, emulgator, konserwant czy „aktyw” — i czy ma sens w tej pozycji.
Mały test — przeczytaj ten skład
Co z tego czytasz?
- Alcohol Denat. na 3. pozycji = bardzo dużo alkoholu denatowanego, w kremie nawilżającym to czerwona lampka.
- Glycerin dopiero na 8. pozycji — czyli zaraz po Parfum i Phenoxyethanol. Stężenie zapewne 1–2%. Mało.
- Sodium Hyaluronate i Allantoin po konserwancie — to jest „pyłek” składników aktywnych dla marketingu, nie dla skóry.
Werdykt? Skład kremu za to nawilżający nie jest — niezależnie od tego, co krzyczy front opakowania.
Czego nie warto się bać
W internecie krąży lista „toksycznych składników”. 80% z nich to bullshit. Konkretnie:
- Parabeny — bezpieczne, dobrze przebadane konserwanty. Histeria z 2004 roku, dawno obalona.
- Silikony (dimethicone, cyclomethicone) — bezpieczne, nie „dusza skóry”, nie blokują porów. Często bardzo przyjemne sensorycznie.
- Phenoxyethanol — standardowy konserwant, do 1% bezpieczny, lepszy niż brak konserwacji w wodnym produkcie.
- SLS/SLES w żelach myjących — drażniące, ale to nie „rak”, tylko zła ergonomia dla skóry suchej i wrażliwej.
Trzy rzeczy, które naprawdę wartą sprawdzać
- Pozycję humektantów (Glycerin, Glycerol, Sodium Hyaluronate, Urea) — w nawilżających kremach pierwsza piątka.
- Obecność alkoholu denatowanego w pierwszej dziesiątce produktów dla skóry suchej i wrażliwej — jeśli jest, odpuszczasz.
- Pozycję obiecywanego „aktywu” — jeśli reklamują niacynamidem albo witaminą C, oba powinny być przed konserwantami, najlepiej w pierwszej połowie składu.
Tyle. Trzy zasady, pięć minut przy półce w drogerii, oszczędność dziesiątek złotych miesięcznie.